Bez kategorii

Po co jeżdżę na treningi, skoro często tak mi się nie chce?

Treningi Krav Maga

Otwieram drzwi, rzucam torbę na podłogę i kurtkę na wieszak. Resztką energii zdejmuję buty i rzucam je gdzieś korytarzu. Otwieram lodówkę i chlebak. Wstawiam wodę. Robię sobie trzy kanapki z chleba wypiekanego przez Kasię, koziego sera i ogórków. Siadam na kanapie i włączam komputer. Po całym dniu w pracy, 3 trudnych spotkaniach i wyczerpującej robocie przy kompie mój mózg jest przepalony. Neurony wyświetlają tylko jedno słowo: Netflix, Netflix, Netflix. Uruchamiam stronę, biorę pierwszy gryz kanapki (łomatko, ale dobra!), patrzę na zegarek i zamieram. Przypominam sobie to, o czym powinien bardzo dobrze pamiętać. „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” Nawet godzina gapienia się na elektroniczny wyświetlacz nic tu nie zmieni. Dziś jest wtorek. Dzień Treningu. Treningi to świętość.  Za 30 minut muszę siedzieć już w samochodzie, żeby po raz kolejny nie robić pompek „za spóźnienie”.

Kuszenie kravera

No, to się zaczyna. „Nie przesadzaj. Dwa tygodnie temu zdałeś na pas. Możesz trochę odpuścić”. „Miałeś dziś męczący dzień. Należy Ci się nagroda”. „Z niczym nie należy przesadzać-zdrowiej będzie trochę przyhamować?”. No, i moje ulubione zwodzenie – kreatywna księgowość: „Dziś nie pójdę, ale na 100% nie odpuszczę dwóch kolejnych sobót tak, że liczba treningów w miesiącu będzie dobra”. Czasem przegrywam. Dziś będzie jednak inaczej. Nic sobie nie wmawiam. Po prostu „na siłę” podnoszę się z kanapy, idę jak zombie po torbę, przebieram się i staję przy drzwiach.

Satysfakcja będzie nagrodą za treningi

W gruncie rzeczy od samego początku wiem, że to jedyna słuszna decyzja. Walczę z lenistwem, gdyż wiem, że nagroda będzie fajniejsza, niż to, co stracę, jak zostanę w domu i zapodam sobie relaksującą dawkę „3 × 45 minut trzymającej w napięciu historii o ludziach zabijających zombie i zombie zjadających ludzi”.

Przekonałem się już nie raz, że satysfakcja jest olbrzymia – tym większa, im trudniejsze było wewnętrzne zmobilizowanie się do wyjścia.

Nigdy nie żałuję

Z drugiej strony zauważyłem, że to wszystko przypomina trochę poranne wstawianie po zbyt krótkiej nocy: najgorsze jest samo podniesienie się w łóżka – potem jest już łatwo. Z treningami tak samo – najwięcej kłopotu sprawia uciszenie w sobie demona szepczącego do ucha „serial, chipsy, browar, serial, chipsy, browar”, spakowanie się i wyjście. Jak już jadę do Obornik, na głośnikach Spotify, w shakerze energetyk, w ręku ulubiony przed treningowy batonik kokosowo – czekoladowy i czuję, jak buduje się we mnie fajny nastrój oczekiwania i przygotowania do wysiłku, nie mam już żadnych wątpliwości. Ani przez sekundę nie żałuję, że nie wybrałem kolejnego odcinka „Expanse”, „Designated Survivor” czy „Znation”. Oczywiście, następnym razem będzie tak samo. Czasami leń wygra. Oby częściej lądował na deskach.

"Polub" posta